Listopadowa POEZJA I MUZYKA W OGRODZIE

Nie sądziłem, że późna mglista sobota 24 listopada 2012 roku wniesie do pomieszczeń Ogrodu Botanicznego, aż tak wiele niespodzianek dla fanów poezji. Gośćmi VIOLETTY ZYGMUNT prowadzącej spotkanie, która przygotowała piękną scenografię tej imprezy była poetka z Chrzanowa KATARZYNA MIARCZYŃSKA, a towarzyszył jej tworząc wspaniałą oprawę muzyczną PIOTR KŁECZEK. Czytelnik zapewne chciałby wiedzieć kim jest poetka – prywatnie jest absolwentką pedagogiki na WSP, a także otrzymała dyplom z logopedii i glottodydaktyki. Doświadczenia i pasje życiowe zbierała pracując w internacie, szkole, przedszkolach. Piotr Kłeczek wyrastał w atmosferze muzycznych dokonań w Klubie Pod Jaszczurami. Te odrębne dwa duchy spotkały się zapewne czas jakiś temu tworząc tandem niemal doskonały. Katarzyna wydała dotąd jedną książkę „Na kocich łapach”, chociaż jej utwory znaleźć można w kilku antologiach. Pisze wiersze także dla dzieci. Wiersze zaprezentowane słuchaczom ze wspomnianego tomu – można, określić jako miłosne perypetie i zdarzenia pełne ciepła i liryzmu. W tej książeczce trwa jakby nieustanne poszukiwanie istoty samej miłości, próba jej zdefiniowania. Jest to także próba umiejscowienia tego uczucia w przestrzeni ludzkiego bytu. Znać w tej poezji bogactwo warsztatowe, zgrzebność, powiedzieć nawet można oschłość ale i celność sentencji, pointy co czyni tę poezję czystą, nie koturnową i przejrzystą. Poetka świadoma swojego warsztatu ubogaca utwory wątkami kulturowymi, religijnymi i mądrością życiową. A jej partner Piotr Kłeczek – okazał się być niezwykle skromnym artysta, ale tylko z wyglądu. Zaskoczył słuchaczy bogactwem interpretacji czeskiego pieśniarza Jaromira Nohavicy, w którego utworami jest najwyraźniej zauroczony. Tłumaczy je, adoptuje dla polskiego słuchacza i upowszechnia. Najlepszym tu przykładem może być utwór Jaromira Nohavicy „Kiedy odwalę kitę”, ale są i inne piękne, liryczne jak chociażby Sarajewo. W tej bogatej ofercie Piotra Kłeczka znalazła się pieśń ludowa z Moraw, Legenda o Świętej Dorocie, a także śliczna piosenka o Jędrzeju Wowro niepiśmiennym rolniku z Gorzenia Dolnego koło Wadowic, ludowego rzeźbiarza z okresu międzywojennego, który rzeźbił postaci świętych i pokrywał je polichromią. Jedną ze swoich rzeźb (Chrystusa Frasobliwego) podarował podczas dożynek w Spale w 1935 r prezydentowi Mościckiemu. Właśnie o tej rzeźbie był ten śliczny utwór. Dla słuchaczy, którzy chętnie zabierali głos na bis Piotr Kłeczek wykonał dwie znakomite piosenki „Krecik” , a także o kiepskim adwokacie i tęsknocie do „wypasania krówki”. Utwory dowcipne, zabawne, dodały uroku miłej imprezie. Poetka także bisowała, sprawiając radość obecnym, choćby przypomnieniem rodzin i osób, którym zawdzięczała pierwsze poetyckie doświadczenia – choćby Annie Kajtochowej. W podsumowaniu Violety Zygmunt znalazł się apel do poetki by nie zwlekała z publikacjami następnych książek.Relacja: Jan Gil
WIERSZOWISKO
15 września 2012 r.

Józef Baran
Katarzyna Miarczyńska, poetka z Chrzanowa, przysłała mi list z wierszami. Najpierw list. Oto fragmencik:
„Smakowanie zapachów budzących się kwiatów, witanie powracających ptaków i obserwowanie przez okno modraszek przysiadających na śliwie. Zapach ogniska po wyprawie rowerowej i kiełbasek smażonych na patyku… To wszystko bliższe mi jest niż blokowiskowy gwar i pustka czterech ścian w roli głównej z telewizorem. (…) Dlatego uciekam, gdy tylko czas pozwala w przyrodę, jadę do Puszczy Dulowskiej. (…)”
Ja też, gdy się da, uciekam z Krakowa do Borzęcina…
Z przysłanych wierszy najbardziej spodobały mi się „wspominkowe” o babci i dziadku. Mają klimat, ciepło, są po prostu bezpretensjonalne i poetyckie w dobrym tego słowa znaczeniu.
KATARZYNA MIARCZYŃSKA
POŻÓŁKŁA FOTOGRAFIA nieśmiały uśmiech w bzach
chowała moja babcia
dziadek w mundurze wojskowym
wyglądał poważnie
kochali się zwyczajnie
cynamon świątecznych dni
codzienna kawa
kuchenny stół
osobny świat
rozkwitał w porze obiadu
działkowy raj Huty
dorodne śliwki i gruszki
maciejka pachniała muzyką
graną przez świerszcze
miłość zwyczajnych ludzi
z kryształowej cukiernicy
podjadaliśmy kostki
została pamięć
i siła by żyć…
Z BIEGIEM LAT Babcia gotowała najlepszą zalewajkę
Wujek przychodził na miętówki
Opowiadał różne historie
Kuchnia jak teatr
Wesołe garnki podskakiwały na piecu
Ogień buzował
Ciepłem słów
Sąsiadka pożyczała sól
Uczyła robić na drutach
Sąsiad strugał zwierzątka z drewna
Miejsca starczało dla każdego
Patrzą na nas
Niebiański obrus podrywa wiatr
Miłości poprzeczka
Podniesiona wysoko
Czeka na nowych mistrzów
„Serduszkowy wiersz” werdykt jury XVIII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego Rabka-Zdrój – 15.02.2010
„Habibi” nagradzam za wiersz „Z tamtych lat”, który po tym, co opisane wyżej, przywraca uczuciom właściwą im godność. To ciche westchnienie do działkowego raju Nowej Huty, do uśmiechu babci skrytej za krzakiem bzu, do powagi dziadka w mundurze, do zwykłych obrządków dnia i cynamonowego zapachu świąt. Oto domowe ciepło dzieciństwa, wychwalane nawet przez wieszcza Adama! Absolutna szczerość i prostota tego wspomnienia jest największym walorem utworu „Habibi”.
Ewa Owsiany
WIERSZOWISKO SOBOTA, 13 CZERWCA 2009 (pod redakcją Józefa Barana)

Antypoezja jest też odmianą poezji, antyestetyzm jest też odmianą estetyzmu; próbą rozbicia tego, co skostniałe, martwe i dotarcia znowu do prawdy. Po przełomie politycznym (w latach90.)z podobnym programem: antypoezji, antyestetyzmu wystąpili twórcy „Brulionu”, pokolenie Świetlickiego, które zbuntowało się przeciw nadmiernemu upolitycznieniu liryki przez Nową Falę. Katarzyna Miarczyńska, przedszkolanka z zawodu, dzieląca swoje życie pomiędzy Chrzanów i Kraków- jest raczej poetką „ brulionowego” nurtu. Bliższe jej nagie, białe wiersze: Bursy, Białoszewskiego, Różewicza, Wojaczka, Świetlickiego od poezji Miłosza, Herberta, ks.Twardowskiego, Nowaka. Z nadesłanego mi zbioru erotyków, wybieram kilka, jak mi się wydaje specyficznych liryków pokazujących wyobraźnię mało znanej autorki tomiku „na kocich łapach”.Katarzyna Miarczyńska
JaszczurkaNa kamieniu
Ciepłym od komplementów
Położyłam się
Pozwalam słońcu
Całować ręce
I twarz
Chwytasz za ogon
Wymykam się
Pomiędzy palcami
Zostaje sen
Kamień zimny
Trawa drży
Jestem jaszczurką
Nie dogonisz mnie* * *
Budujemy łóżko
Kładziemy materac
Prześcieradła ciał
Dwie głowy
Dwie nagości
Stajemy się niewolnikami serc
Rozdzieli nas świt morderca* * *
Pochodzę z domu
O oknach wychodzących
Na śmietnik
Gdzie kulawy wróbel
Spija marzenia
Bielizna
Sercem dżungli* * *
Siedzę na schodach
– bezdomna?
– nie, tylko brak klucza
Do ciebieSYRENA II
Nadpływam
Muszla pożądania
Otwarta czeka
Fale twoich rąk
Zabierają mnie ze sobą
Unoszą na drugą stronę szczęścia
Przez palce„Katarynki” – Katarzyna Miarczyńska
P O S T S C R I P T U M
Poetka rodem z Chrzanowa ma w małym paluszku poetycki warsztat, umie, gdy trzeba operować piosenkową formą, a gdy tego wymaga dobro wiersza – stosować Norwidową (czy awangardową, co na jedno wychodzi) poetykę przemilczenia i niedomówień, która często więcej mówi wytrawnemu czytelnikowi niż przegadanie. Z powodzeniem waży słowa i metafory, nie odbierając im jednak smaków, zapachów i obrazów pełnych zmysłowości. Przekorny tytuł – Katarynki – należy przyjąć z przymrużeniem oka. Nie są to poetyckie „katarynki”, jakkolwiek daje się w tych wierszach odczuć miłe dla serca sentymenty i klimaty podwórkowej katarynki. Mnie one również zauroczyły, dlatego z miłą chęcią zgodziłem się tom zarekomendować.
Józef Baran


STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – Justyna Sułkowska – miesięcznik literacki AKANT
Zacznijmy od truizmu. Sposób, w jaki skonstruowany jest tom poetycki, bardzo istotnie wpływa na to, jak jest on odbierany przez czytelnika. Przypadkowe ułożenie wierszy wywoła wrażenie chaosu, podczas gdy przemyślana kolejność stworzy właściwy kontekst i wydobędzie dodatkowe znaczenia utworów.
Ale to, jakże oczywiste, stwierdzenie może czasem zaprowadzić do niezbyt oczywistych wniosków, zwłaszcza jeśli zechcemy w tym kontekście postawić tomik wierszy, taki jak Na kocich łapach Katarzyny Miarczyńskiej.
Przyjrzyjmy się konstrukcji tomu. Najpierw trafiamy na krótki życiorys, odróżniony od tekstów poetyckich innym krojem pisma. Zawiera kilka informacji o wykształceniu, literackich osiągnięciach i życiu autorki. Mógłby on, być może nawet z pożytkiem dla spójności tomu, znaleźć się z tyłu książki – na okładce pod zdjęciem, tym bardziej, że pierwszy wiersz tomu nosi tytuł Życiorys i jest także poetyckim Curriculum Vitae autorki. Na osobnej stronie, w charakterze wstępu, stanowiłby wyraziste otwarcie, a zarazem dałby czytelnikowi czas na wejście w świat wyobraźni poetyckiej autorki.
Zwraca uwagę sposób, w jaki Miarczyńska zdecydowała się rozmieścić teksty i ilustracje. Lewą część rozkładówki zajmują rysunki Iwony Wojnar-Kudaciak, prawą – teksty poetyckie. Ten układ, konsekwentnie przestrzegany w całym tomie, sprawia, że czytelnik ma wrażenie, jakby przedstawiano mu dwie osobne, choć tematycznie powiązane całości. Zarówno ilustracje, jak i utwory poetyckie można, bez utraty zasadniczego sensu, odczytywać osobno. Zupełnie inną kwestią jest układ graficzny tekstu. Na jednej stronie znajdziemy czasem nawet pięć wierszy, przy czym nie tworzą one kolumn. Większość została wyjustowana do lewej, ale są i takie wiersze, które wyrównano do prawej strony (niekoniecznie prawego marginesu!), bądź też kolumnie tekstu nadano jakiś nietypowy kształt (tak jest m.in. w przypadku utworu, który zamyka zbiór). A to jeszcze nie koniec atrakcji – czytelnik znajdzie też wiersze ustawione poziomo, które należy czytać od marginesu zewnętrznego do wewnętrznego lub od wewnętrznego do zewnętrznego, a nawet wiersze ustawione pod kątem (w różnych kierunkach). Jeśli dodamy do tego brak numeracji stron i brak tytułów większości utworów, wszystko to sprawia, że w książce dość trudno się odnaleźć. Powrót do tekstu, który zwrócił uwagę jest praktycznie niemożliwy bez przejrzenia całości od nowa – a jest to prawie 90 wierszy! Czytelnik przywiązany do podstawowych zasad edytorskich może uznać książkę Miarczyńskiej za kuriozum, my jednak spróbujemy spojrzeć na nią życzliwszym okiem. Co zapowiedziawszy, wrócę jeszcze na chwilę do przerwanego wątku. Otóż wrażenie chaosu podkreśla jeszcze dobór wierszy ze względu na tematykę. Także tutaj nie znajdziemy żadnego konkretnego schematu. Wprawdzie na początku przeważają teksty o tematyce obyczajowej, na końcu zaś utwory erotyczne czy szerzej rzecz ujmując – miłosne, ale właściwie przewaga ta jest nieznaczna. Poza tym pojawiają się także dodatkowe kategorie: utwory refleksyjne, autotematyczne, czy wreszcie wiersze o nieco bardziej rozbudowanej warstwie fabularnej. Z pewnością też można wymyślić inny sposób porządkowania utworów – inne kategorie, pytanie tylko: czy to jest celowe? Być może bowiem wrażenie chaosu, jakie wywołuje książka, jeśli przeczytać ją choćby i uczciwie od deski do deski, nie jest przypadkowe.
Świat opisywany przez Miarczyńską jest pokawałkowany, nie tworzy spójnej, logicznej całości, nie daje się opowiedzieć od początku do końca. Autorka nie przedstawia historii – raczej kolekcjonuje drobne zdarzenia, zdaje relacje z tego co w biegu między jednym a drugim miejscem zaobserwowała. Nie analizuje, bo każda analiza jest wtórna w stosunku do samego doświadczania. Autorka tymczasem opowiada właśnie o swoim doświadczaniu świata. Dlatego być może utwory w tomie Na kocich łapach sprawiają wrażenie, jakby ich kolejność była zupełnie przypadkowa.Modliła się
do pustej strzykawki
kłaniała
handlarzom kompotu– czytamy w wierszu Wyznanie. Na tej samej stronie, tuż obok znajdziemy wiersz, rozpoczynający się od sceny jakby z zupełnie innego porządku:
Jezus ze ściany
podniósł oczy
w geście przebaczeniaNa tejże samej stronie w smutnym erotyku informuje nas poetka: „nasze cienie przestały się spotykać”. Tak jest w całej książce. Miarczyńska zestawia z sobą relacje z własnych sukcesów czy porażek miłosnych i erotycznych (Tatuaż), fantazje snute na filmowych scenariuszach (Noc z Harrisonem Fordem) i dostrzeżone kątem oka obyczajowe obrazki (Wyznanie, Pożar, Punk, Julia). Przerzucając kolejne strony można odnieść wrażenie, że doświadcza się czegoś podobnego jak przy „przerzucaniu” kanałów telewizyjnych. Atakują nas obrazy, które łączy tylko osoba oglądającego. W większości wierszy autorka wykorzystuje te gotowe obrazy, zestawia je z sobą, tworząc swoisty kolaż. Czy może jeszcze inaczej – używa ich jak znaków pisma obrazkowego. I tak np. „łóżko” oznacza miłość zmysłową, „kartki z kalendarza” – mijający czas, przeglądanie starych zdjęć – tęsknotę i nostalgię, „muzyka czarnych jazzmanów” rozpasanie, „skórzana kurtka” – bunt. Znajdziemy ich zresztą jeszcze wiele. Świat rozpisany na te znaki jest jak partytura do utworu muzycznego – mówi o muzyce, ale nią nie jest, wymaga odczytania i zinterpretowania.
Nawet kiedy autorka pozwala swej wyobraźni na więcej swobody i rezygnuje ze stenotypowego zapisu faktów, kiedy to powstają wiersze takie jak choćby: List do Ginsberga, Malarz, Spotkanie z Salvadorem Dali, *** (Mój anioł) czy *** (Zaczynasz od początku), które szczególnie mocno wyróżniają się na tle pozostałych – nadal maluje obrazki, nie obrazy.
Wiersz o incipicie: „Zaczynasz od początku” to utwór tyleż o (s)twórcy ile o samym (s)tworzeniu. Początkowo wizja powstawania dzieła jest wyjątkowo spójna i harmonijna. Pokazuje je Miarczyńska krok po kroku: od mechanicznego konstruowania podstawy, na której oprze się tkanka bardziej subtelna, właściwe stworzenie:Zaczynasz od początku
od gwoździa
deski
muśnięcia pędzlaprzez tworzenie misternej kompozycji:
Układasz naturę
odpowiednio do światła
z kobietą w tle
lub na pierwszym planieaż po właściwy dobór kolorów:
w zależności
od pory roku
mieszasz farby
na ziemi
i niebieStwórca wydaje się mieć pełną kontrolę nad procesem kreacyjnym, wszystko ma swoje miejsce w wielkim planie stworzenia. Z tej perspektywy nie widać moralnych dylematów ani ludzkich tragedii. Ale i to jest złudzeniem. Coś się z tej pięknej wizji wymyka, wyłazi niechciane, coś nie pasuje – ciemna plama na świetlistym tle nieba – „ktoś gra o swój los”. Czyjeś życie być może wisi na włosku, jakaś tragedia rozgrywa się właśnie w tym pięknym obrazie. Tego nie było w planie – sugeruje autorka – to burzy spokojne piękno dzieła. I nagle dzieło przestaje być doskonałe, rozpada się na kawałki – na kolory, kształty, na pierwszy plan i tło, niebo i ziemię, na to co widać i co jest ukryte. I świat znów, jak w całym tomie, okazuje się być zbudowany ze strzępków, kawałków.
Podobnie jest w Liście do Ginsberga. Pierwsze spojrzenie – na wschód – wydaje się otwierać jakąś szeroką perspektywę, bezkresne przestrzenie, ale już za chwilę czytelnik orientuje się, że nie jest to ten Wschód pisany z wielkiej litery, obrośnięty znaczeniami. „Towarowy” wiezie bohatera do skwarnego, dusznego Meksyku. Im dłużej trwa ta podróż, tym bardziej czujemy, jak beztroska zmienia się w radosne oszołomienie. Karnawał, ten czas zawieszenia sztywnych reguł, zasad i konwenansów, obejmuje i wciąga bohatera i czytelnika. A wszystko spowija delikatna, ledwie wyczuwalna aura zepsucia:Kwiat rozkwita w ustach
dziewczyny podciągają suknie– czytamy. Czy to jeszcze taniec, a może niewinny flirt, czy już coś więcej? Senne, pijane, jakby odrealnione obrazki, takie jak w dwuwierszu:
przeżyłem sen
zatopiony w ciele mulatkisąsiadują z aż nazbyt konkretnymi, szczegółowymi opisami, np. gdy bohater pojawia się z ogromnym cygarem w towarzystwie przyjaciela o białych zębach. Wszystko to jakby przesuwa się przed oczyma oglądającego, nabierając prędkości. Temperatura uczuć wzrasta, ciśnienie rozsadza tekst od wewnątrz, a bohatera popycha w dalszą drogę:
Teraz mknę przed siebie
zachwyt przygryza usta– czytamy. Radość i świeżość, bijące z tej opowieści zakłóca na chwilę ukradkowe spojrzenie za siebie, chwila zadumy czy tęsknoty:
tylko Ciebie mi brak
objętego skrzydłem szlafroka– mówi bohater. A jednak, naprawdę realny pozostaje jedynie ruch. Ten ciąg oderwanych od siebie obrazków-zdarzeń składa się na opowieść o podróży bez celu, A jest to ten rodzaj podróży, który zdaje się interesować autorkę szczególnie mocno. Tym bardziej że, jak deklaruje, traktuje swe życie właśnie jak taką podróż, a wiele z jej wierszy jest zapisem wrażeń zebranych w jej trakcie. List do Ginsberga jest najlepszym z tego rodzaju utworów. Może dlatego, że zamiast puenty poszukuje autorka koloru i kształtu, który porwie czytelnika w tę drogę. W ogóle talent Miarczyńskiej objawia się wszędzie tam, gdzie nie stara się ona znaleźć sensu i harmonii, ale pokazuje świat w strzępach, oderwanych od siebie obrazkach, składających się na jakąś nieogarnioną całość.
Niestety, wiele odbierają jej tekstom drobne potknięcia językowe, np. w bardzo dobrym Spotkaniu z Salvadorem Dali czytamy o filiżance „expresso” zamiast „espresso” zaś w wierszu poniekąd tytułowym (choć bez tytułu), o incipicie „na kocich łapach” pojawia się słowo „Dessa” zamiast „Desa”. Zdarzają się także pewne niejasności – w wierszu Tęsknota wyobraźnia karmiona jest okruchami, jednak nie wiemy czego, w innym utworze przeczytamy zaś:a mojej myśli jaskółki
przy Tobie
poprzez ten wiatr rzucane
niby latawce
zaczepiają o dachynie dowiadujemy się jednak czy to one się zaczepiają i czym, czy ewentualnie co zaczepiają… Mimo tych uchybień jestem przekonana, że nieco więcej uwagi poświęconej językowi i kwestiom edytorskim zaowocuje w przyszłości ciekawym kolejnym tomem, zwłaszcza jeśli autorka zechciałaby umieścić w nim więcej utworów tej klasy, co choćby List do Ginsberga, nawet za cenę ograniczenia ilości tekstów.
PORA POEZJI Poezja w mojej głowie
Spotkanie z Dorotą Segdą – aktorką Teatru Starego w Krakowie (Klub Literacki w Chrzanowie)
Kasiu, z wielką przyjemnością czytałam dziś Pani piękne wiersze… pisane krwią.Dorota Segda (29.05.2008 Chrzanów)
Spektakl literacko-muzyczny „Miłością zalepiam dziury w niebie” na podstawie tomiku „Na kocich łapach” (11 kwietnia 2008 r Kraków)
Myślę że dzisiejszy wieczorek należy zaliczyć do udanych. Dla mnie szczególnie cenna była polisensoryczność przekazu: synteza słowa, dźwięku, ruchu scenicznego i rekwizytów oraz fotografii i malarstwa w charakterze dekoracji. Czyli po prostu spektakl.
Podobało mi się też to, że twój tomik (wbrew pozorom) nie jest taki „cukierkowy” na jaki się zapowiadał sądząc z tytułu. Może to i świat oczami dziecka, ale na szczęście pamiętasz, że dzieci nie są ślepe, że dostrzegają także ciemne strony podwórka…
Chętnie podsunęłabym go do recenzji komuś na Kole Młodych, ale musiałabyś się wtedy poświecić i przybyć do Krakowa w konkretny poniedziałek na 18.00.A teraz koniec głaskania po głowie, schodzimy na ziemię:
Rozumiem, że to twój debiut i że tym razem z ekshibicjonistycznym zaufaniem poddałaś się pomysłom reżyserki spektaklu. Ale jeśli wolno mi wyrazić swoje skromne zdanie, choć znamy się jeszcze krótko i mało, stwierdzę, że według mnie niezbyt szczęśliwym jest zestawienie poetów-klasyków minionych epok ze współczesną nam Kasią Miarczyńską. Asnyk i jemu podobni oczywiście wielkimi poetami byli i tacy już pozostaną (zakonserwowani w swoich gablotkach). Jednak z całym szacunkiem dla klasyków, ich teksty zestawione z twoimi, w ustach tych młodych ludzi brzmiały sztucznie, nienaturalnie, drętwo, wręcz pretensjonalnie… Za to twoje wiersze w ich wykonaniu brzmiały świetnie, może jeszcze zbyt dojrzałe były jak dla nich, ale to już ten język, język epoki, w której wszyscy żyjemy, nie odległego XIX wieku. Wiem, że chcąc stworzyć spektakl należało uzupełnić kwestie męskie, piszesz przecież jako kobieta, i głównie temu służyły „protezy” – teksty klasyków. Ale przecież można dogadać się z jakimś fajnym współczesnym poetą i razem stworzyć ciekawy spektakl, hę?To oczywiście tylko sugestie, nie musisz się z nimi w pełni zgadzać. Tak czy inaczej nie mam w zwyczaju ani mówić czegoś innego niż myślę, ani też obgadywać nikogo za jego plecami, zatem napisałam otwarcie co myślę. (Tak to już jest, że jedni właśnie za to mnie lubią, inni za to samo-wręcz przeciwnie ;-O
Pozdrawiam serdecznie i życzę wielu inspiracji!
Agnieszka Żuchowska-Arent (11 kwietnia 2008 Kraków)
Poezja, która się skrada
Na mój stół recenzencki trafił debiut książkowy Katarzyny Miarczyńskiej. W notce biograficznej przeczytałem: „Katarzyna Miarczyńska urodziła się złocistą jesienią 1973 roku i dlatego lubi zatapiać stopy w liściach i moknąć w deszczu”. Konsekwencje takiego romantycznego zachowania można znaleźć wewnątrz tomu Na kocich łapach, lecz twórczyni okazała się bardziej żarłoczna i skomplikowana, co właściwie zapowiadał sam tytuł.
Pragnę już na wstępie podkreślić oryginalny projekt typograficzny książki; na stronach parzystych umieszczono rysunki Iwony Wojnar-Kudaciak, obok, na nieparzystych – wiersze w ilości od jednego do pięciu, z których część została wydrukowana pod kątem, ukosem, obrócona o 90 stopni. Stronice literackie stały się czymś w rodzaju plansz z naklejonymi utworami. Z uwagi na brak paginacji dla oznaczenia lokalizacji cytatów podaję numer karty tekstowej (od 1 do 20, dalej K1-K20).
Początkowe liryki składają się na introdukcję genetyczną. W Życiorysie (K1) bohaterka mówi o sobie – maturzystce: „we mnie mieszkało / dziecko z pokoju na piętrze” (K1). Tekst można rozpatrywać jako zwykłe przypomnienie, choć czas przeszły czasownika „mieszkać” obraca się na naszych oczach w teraźniejszość. Budynek rodzinny podmiotu lirycznego posiadał „okna wychodzące / na śmietnik”, a wyrósł w środku „betonowej dżungli”. Brzydotę łagodzi nieco ptak: „kulawy wróbel / spija marzenia” (K1). Jest więc kilka wierszy mogących śmiało pretendować do miana obrazków rozsypującej się rzeczywistości. Interesująco, bo paradoksalnie brzmi Makatka (K4), gdzie autorka zastosowała leksykę zintensyfikowanego rozbicia w stosunku do drobiazgów z tytułowej tkaniny (dysonans: delikatna makatka – trzask niszczonej materii):„połamały się płoty […]
kot okulał […]
rozbita miska […]
nic nie pozostało
oprócz drzewa
ze złamaną nogą” (K4).Inwentaryzacja przedmiotów powinna również objąć spis z Choroby (K5):
„wyszczerbił się płot
drzwi wypaczyły
krzesłom wygięło nogi […]
coraz więcej […]
przewróconych kubków
rozbitych szklanek” (K5).W jednym z utworów mamy „pijany dom”, gdzie „pustka / zielonym okiem / mruga” (K2). W ogóle wiwisekcja życia pod piórem i w analizie Katarzyny Miarczyńskiej na początku zbioru jest minorowa, szara, nawet wtedy, gdy narratorka wyznaje wartości humanistyczne: „wierzę w Ciebie człowieku – / rodzisz się w bólach / jesteś kruchy” (K3). Los homo sapiens wydaje się wypełniony strachem, dreszczami i brakiem oparcia. Krzyk zostaje bez odpowiedzi, jednostka gubi się wśród codziennych spraw toczonych przez obojętnych wobec siebie person, istot bladych, wyjałowionych z odruchów i współczucia.
Powyższy wizerunek poetyckiego świata Katarzyny Miarczyńskiej to tylko połowa prawdy. Większą część tomu wypełniają bowiem erotyki, buchające namiętnością, żarem: „A może to drapieżne / poszukiwanie siebie w tobie” (K11), „czasami widzę się / wchodzącą w Ciebie porankiem” (K12), „księżyce ciał zaszły za siebie” (K13). Poszczególne liryki zdradzają tajemnice alkowy, choć ta nie wydaje się specjalnie zabezpieczona przed wścibskim okiem..
Obszar fizycznej miłości wyznaczono precyzyjnie: „między linią ust / a czubkiem palców u nogi” (K7); w innym miejscu terytorium ograniczono perspektywą dolną: „od gąszczu włosów / po najczulszą stopę” (K17). Oczywiście, druga z interpretacji będzie widziała w tekście powiększenie areału sensualistycznego: od ust do włosów na głowie. Wolę jednak skojarzyć moje pierwsze odczytanie z metaforą „muszla pożądania” (K14). Dotyk (K8) wskazuje na pieszczoty, jakimi obdarowują się kochankowie, przy czym narrator zdaje się zmienić kompetencję dwupłciową, przyjmując optykę męską. Ciekawiej byłoby jednak odczytać Dotyk w kategorii auto-, samo-, upajania się własną fizycznością. W liryce miłosnej często pojawia się motyw przeniknięcia kobiety zapachem „Jego”, stanowiący znak oddania, swoisty Tatuaż (K9):„Po tamtej nocy
nie mogę Cię zmyć
wszedłeś pod skórę
pumeks nie pomaga” (K9).Dziewczyna nasącza się aktem fizycznej bliskości i słodką tyranią partnera:
„nie mogę uciec
od strzelistości Twoich palców
zachłannego języka
wciśniętego w muszlę ucha” (K13).Pragnę zwrócić uwagę na tekst o incipcie ***(kontenery utyły od śmieci) (K3), rozwijający zasygnalizowany już wątek odpadów; przede wszystkim autorka wprowadza figurę kota (który „przytula się / do trzepaka”), zwłaszcza zaś „jednookiej lalki”. Te dwie formy istnienia zdają się odzwierciedlać stan emocjonalny i naturę podmiotu lirycznego, tym bardziej że: „lalka wciąż płacze / rozebrana ze złudzeń”. Tytułowy okolicznik sposobu „na kocich łapach” doczekał się wyjaśnienia w skradającej się femme fatale, pannie demonicznej. Podkreślmy, iż przez karty graficzne przechodzi postać półkobiety-półkota. Zresztą bohaterka ma zdolności kameleonowe, bywa nie tylko „jednoooką lalką”, kocicą, ale również jaszczurką uciekającą przed zalotnikiem i syreną wodzącą na pokuszenie. Tę wielopostaciowość ogłasza podmiot liryczny wprost: „Ja kobietą o wielu życiorysach” (K13). Zwierzęce konteksty po raz wtóry dowodzą, iż niewiasta jest poddana rygorom i obsesjom natury. Warto dodać, iż na stronicy sąsiadującej z kartą 11 znajduje się rysunek pokazujący zasłonkę (zapewne z łazienki), na której nabrzmiewają piersi. Z samej karty zaś wypiszmy komentarz a propos: „Po zachodzie / ubywamy z ciał / Szafa pełna skór / na tysiące okazji” (K11), a z miejsca dalszego dwuwers: „uniesiona pierś firanki / zapraszająco faluje” (K15).
Chcąc spiąć tę część analizy z początkową partią niniejszej recenzji, dodam, iż dochodzi też to rozpadu uczucia między partnerami:
„nasze cienie przestały się spotykać
tak blisko do nieznajomości […]
a serce tyka powieszone na ścianie” (K4).
Kobieta „spaliła wspomnienia / […]
Zabiła marzenia” (K3); współczesna Julia „nie wierzy w miłość” (K6).Ten straceńczy gest musiał być wykonany przez osobę dotkniętą, zranioną, nie mającą siły na dalsze zmaganie się z fałszem i złem.
Polecam lekturę Na kocich łapach Katarzyny Miarczyńskiej. Liryki powoli, lecz stanowczo zakradają się do naszych myśli.Arkadiusz Frania (28 kwietnia 2008 Częstochowa)
