Recenzje

STRZĘPY RZECZYWISTOŚCI – Justyna Sułkowska – miesięcznik literacki AKANT

Zacznijmy od truizmu. Sposób, w jaki skonstruowany jest tom poetycki, bardzo istotnie wpływa na to, jak jest on odbierany przez czytelnika. Przypadkowe ułożenie wierszy wywoła wrażenie chaosu, podczas gdy przemyślana kolejność stworzy właściwy kontekst i wydobędzie dodatkowe znaczenia utworów.
Ale to, jakże oczywiste, stwierdzenie może czasem zaprowadzić do niezbyt oczywistych wniosków, zwłaszcza jeśli zechcemy w tym kontekście postawić tomik wierszy, taki jak Na kocich łapach Katarzyny Miarczyńskiej.
Przyjrzyjmy się konstrukcji tomu. Najpierw trafiamy na krótki życiorys, odróżniony od tekstów poetyckich innym krojem pisma. Zawiera kilka informacji o wykształceniu, literackich osiągnięciach i życiu autorki. Mógłby on, być może nawet z pożytkiem dla spójności tomu, znaleźć się z tyłu książki – na okładce pod zdjęciem, tym bardziej, że pierwszy wiersz tomu nosi tytuł Życiorys i jest także poetyckim Curriculum Vitae autorki. Na osobnej stronie, w charakterze wstępu, stanowiłby wyraziste otwarcie, a zarazem dałby czytelnikowi czas na wejście w świat wyobraźni poetyckiej autorki.
Zwraca uwagę sposób, w jaki Miarczyńska zdecydowała się rozmieścić teksty i ilustracje. Lewą część rozkładówki zajmują rysunki Iwony Wojnar-Kudaciak, prawą – teksty poetyckie. Ten układ, konsekwentnie przestrzegany w całym tomie, sprawia, że czytelnik ma wrażenie, jakby przedstawiano mu dwie osobne, choć tematycznie powiązane całości. Zarówno ilustracje, jak i utwory poetyckie można, bez utraty zasadniczego sensu, odczytywać osobno. Zupełnie inną kwestią jest układ graficzny tekstu. Na jednej stronie znajdziemy czasem nawet pięć wierszy, przy czym nie tworzą one kolumn. Większość została wyjustowana do lewej, ale są i takie wiersze, które wyrównano do prawej strony (niekoniecznie prawego marginesu!), bądź też kolumnie tekstu nadano jakiś nietypowy kształt (tak jest m.in. w przypadku utworu, który zamyka zbiór). A to jeszcze nie koniec atrakcji – czytelnik znajdzie też wiersze ustawione poziomo, które należy czytać od marginesu zewnętrznego do wewnętrznego lub od wewnętrznego do zewnętrznego, a nawet wiersze ustawione pod kątem (w różnych kierunkach). Jeśli dodamy do tego brak numeracji stron i brak tytułów większości utworów, wszystko to sprawia, że w książce dość trudno się odnaleźć. Powrót do tekstu, który zwrócił uwagę jest praktycznie niemożliwy bez przejrzenia całości od nowa – a jest to prawie 90 wierszy! Czytelnik przywiązany do podstawowych zasad edytorskich może uznać książkę Miarczyńskiej za kuriozum, my jednak spróbujemy spojrzeć na nią życzliwszym okiem. Co zapowiedziawszy, wrócę jeszcze na chwilę do przerwanego wątku. Otóż wrażenie chaosu podkreśla jeszcze dobór wierszy ze względu na tematykę. Także tutaj nie znajdziemy żadnego konkretnego schematu. Wprawdzie na początku przeważają teksty o tematyce obyczajowej, na końcu zaś utwory erotyczne czy szerzej rzecz ujmując – miłosne, ale właściwie przewaga ta jest nieznaczna. Poza tym pojawiają się także dodatkowe kategorie: utwory refleksyjne, autotematyczne, czy wreszcie wiersze o nieco bardziej rozbudowanej warstwie fabularnej. Z pewnością też można wymyślić inny sposób porządkowania utworów – inne kategorie, pytanie tylko: czy to jest celowe? Być może bowiem wrażenie chaosu, jakie wywołuje książka, jeśli przeczytać ją choćby i uczciwie od deski do deski, nie jest przypadkowe.
Świat opisywany przez Miarczyńską jest pokawałkowany, nie tworzy spójnej, logicznej całości, nie daje się opowiedzieć od początku do końca. Autorka nie przedstawia historii – raczej kolekcjonuje drobne zdarzenia, zdaje relacje z tego co w biegu między jednym a drugim miejscem zaobserwowała. Nie analizuje, bo każda analiza jest wtórna w stosunku do samego doświadczania. Autorka tymczasem opowiada właśnie o swoim doświadczaniu świata. Dlatego być może utwory w tomie Na kocich łapach sprawiają wrażenie, jakby ich kolejność była zupełnie przypadkowa.

Modliła się
do pustej strzykawki
kłaniała
handlarzom kompotu

– czytamy w wierszu Wyznanie. Na tej samej stronie, tuż obok znajdziemy wiersz, rozpoczynający się od sceny jakby z zupełnie innego porządku:

Jezus ze ściany
podniósł oczy
w geście przebaczenia

Na tejże samej stronie w smutnym erotyku informuje nas poetka: „nasze cienie przestały się spotykać”. Tak jest w całej książce. Miarczyńska zestawia z sobą relacje z własnych sukcesów czy porażek miłosnych i erotycznych (Tatuaż), fantazje snute na filmowych scenariuszach (Noc z Harrisonem Fordem) i dostrzeżone kątem oka obyczajowe obrazki (Wyznanie, Pożar, Punk, Julia). Przerzucając kolejne strony można odnieść wrażenie, że doświadcza się czegoś podobnego jak przy „przerzucaniu” kanałów telewizyjnych. Atakują nas obrazy, które łączy tylko osoba oglądającego. W większości wierszy autorka wykorzystuje te gotowe obrazy, zestawia je z sobą, tworząc swoisty kolaż. Czy może jeszcze inaczej – używa ich jak znaków pisma obrazkowego. I tak np. „łóżko” oznacza miłość zmysłową, „kartki z kalendarza” – mijający czas, przeglądanie starych zdjęć – tęsknotę i nostalgię, „muzyka czarnych jazzmanów” rozpasanie, „skórzana kurtka” – bunt. Znajdziemy ich zresztą jeszcze wiele. Świat rozpisany na te znaki jest jak partytura do utworu muzycznego – mówi o muzyce, ale nią nie jest, wymaga odczytania i zinterpretowania.
Nawet kiedy autorka pozwala swej wyobraźni na więcej swobody i rezygnuje ze stenotypowego zapisu faktów, kiedy to powstają wiersze takie jak choćby: List do Ginsberga, Malarz, Spotkanie z Salvadorem Dali, *** (Mój anioł) czy *** (Zaczynasz od początku), które szczególnie mocno wyróżniają się na tle pozostałych – nadal maluje obrazki, nie obrazy.
Wiersz o incipicie: „Zaczynasz od początku” to utwór tyleż o (s)twórcy ile o samym (s)tworzeniu. Początkowo wizja powstawania dzieła jest wyjątkowo spójna i harmonijna. Pokazuje je Miarczyńska krok po kroku: od mechanicznego konstruowania podstawy, na której oprze się tkanka bardziej subtelna, właściwe stworzenie:

Zaczynasz od początku
od gwoździa
deski
muśnięcia pędzla

przez tworzenie misternej kompozycji:

Układasz naturę
odpowiednio do światła
z kobietą w tle
lub na pierwszym planie

aż po właściwy dobór kolorów:

w zależności
od pory roku
mieszasz farby
na ziemi
i niebie

Stwórca wydaje się mieć pełną kontrolę nad procesem kreacyjnym, wszystko ma swoje miejsce w wielkim planie stworzenia. Z tej perspektywy nie widać moralnych dylematów ani ludzkich tragedii. Ale i to jest złudzeniem. Coś się z tej pięknej wizji wymyka, wyłazi niechciane, coś nie pasuje – ciemna plama na świetlistym tle nieba – „ktoś gra o swój los”. Czyjeś życie być może wisi na włosku, jakaś tragedia rozgrywa się właśnie w tym pięknym obrazie. Tego nie było w planie – sugeruje autorka – to burzy spokojne piękno dzieła. I nagle dzieło przestaje być doskonałe, rozpada się na kawałki – na kolory, kształty, na pierwszy plan i tło, niebo i ziemię, na to co widać i co jest ukryte. I świat znów, jak w całym tomie, okazuje się być zbudowany ze strzępków, kawałków.
Podobnie jest w Liście do Ginsberga. Pierwsze spojrzenie – na wschód – wydaje się otwierać jakąś szeroką perspektywę, bezkresne przestrzenie, ale już za chwilę czytelnik orientuje się, że nie jest to ten Wschód pisany z wielkiej litery, obrośnięty znaczeniami. „Towarowy” wiezie bohatera do skwarnego, dusznego Meksyku. Im dłużej trwa ta podróż, tym bardziej czujemy, jak beztroska zmienia się w radosne oszołomienie. Karnawał, ten czas zawieszenia sztywnych reguł, zasad i konwenansów, obejmuje i wciąga bohatera i czytelnika. A wszystko spowija delikatna, ledwie wyczuwalna aura zepsucia:

Kwiat rozkwita w ustach
dziewczyny podciągają suknie

– czytamy. Czy to jeszcze taniec, a może niewinny flirt, czy już coś więcej? Senne, pijane, jakby odrealnione obrazki, takie jak w dwuwierszu:

przeżyłem sen
zatopiony w ciele mulatki

sąsiadują z aż nazbyt konkretnymi, szczegółowymi opisami, np. gdy bohater pojawia się z ogromnym cygarem w towarzystwie przyjaciela o białych zębach. Wszystko to jakby przesuwa się przed oczyma oglądającego, nabierając prędkości. Temperatura uczuć wzrasta, ciśnienie rozsadza tekst od wewnątrz, a bohatera popycha w dalszą drogę:

Teraz mknę przed siebie
zachwyt przygryza usta

– czytamy. Radość i świeżość, bijące z tej opowieści zakłóca na chwilę ukradkowe spojrzenie za siebie, chwila zadumy czy tęsknoty:

tylko Ciebie mi brak
objętego skrzydłem szlafroka

– mówi bohater. A jednak, naprawdę realny pozostaje jedynie ruch. Ten ciąg oderwanych od siebie obrazków-zdarzeń składa się na opowieść o podróży bez celu, A jest to ten rodzaj podróży, który zdaje się interesować autorkę szczególnie mocno. Tym bardziej że, jak deklaruje, traktuje swe życie właśnie jak taką podróż, a wiele z jej wierszy jest zapisem wrażeń zebranych w jej trakcie. List do Ginsberga jest najlepszym z tego rodzaju utworów. Może dlatego, że zamiast puenty poszukuje autorka koloru i kształtu, który porwie czytelnika w tę drogę. W ogóle talent Miarczyńskiej objawia się wszędzie tam, gdzie nie stara się ona znaleźć sensu i harmonii, ale pokazuje świat w strzępach, oderwanych od siebie obrazkach, składających się na jakąś nieogarnioną całość.
Niestety, wiele odbierają jej tekstom drobne potknięcia językowe, np. w bardzo dobrym Spotkaniu z Salvadorem Dali czytamy o filiżance „expresso” zamiast „espresso” zaś w wierszu poniekąd tytułowym (choć bez tytułu), o incipicie „na kocich łapach” pojawia się słowo „Dessa” zamiast „Desa”. Zdarzają się także pewne niejasności – w wierszu Tęsknota wyobraźnia karmiona jest okruchami, jednak nie wiemy czego, w innym utworze przeczytamy zaś:

a mojej myśli jaskółki
przy Tobie
poprzez ten wiatr rzucane
niby latawce
zaczepiają o dachy

nie dowiadujemy się jednak czy to one się zaczepiają i czym, czy ewentualnie co zaczepiają… Mimo tych uchybień jestem przekonana, że nieco więcej uwagi poświęconej językowi i kwestiom edytorskim zaowocuje w przyszłości ciekawym kolejnym tomem, zwłaszcza jeśli autorka zechciałaby umieścić w nim więcej utworów tej klasy, co choćby List do Ginsberga, nawet za cenę ograniczenia ilości tekstów.

 

 

Kobieta w podróży… Wciąż potrafi się dziwić i zachwycać. Absolwentka pedagogiki na WSP TWP w Warszawie i Podyplomowego Studium Logopedii i Glottodydaktyki w Katowicach. Obecnie pracuje w Przedszkolu Terapeutycznym z dziećmi autystycznymi. Autorka tomików „Na kocich łapach” (2007) oraz „Katarynki” (2016).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *